Redukcja 2017 – początek

 

Tydzień redukcji za mną. Czas i tłuszcz lecą szybko, dlatego poniżej kilka wskazówek z serii „Jak to jest zrobione?”

1. Decyzja.

Doszedłem do momentu, w którym powiedziałem sobie dość. Koniec. Robienie masy było fajne, ale już od kilku tygodni nie widzę, żebym przybierał na mięśniach a jedynie na tłuszczu. Tego nie chcemy. Be. Podjąłem decyzję, że JUŻ CZAS na redukcję.

2. Naukowe dowody.

Świat fitness lubi szybkie i często ekstremalne trendy. Co roku jest przynajmniej jedna nowa moda jeśli chodzi o trening i dietę. Paleo / vege / ketogenna / low carb / intermittent fasting. Moda przychodzi i odchodzi. Ale za niektórymi systemami żywieniowymi stoi nauka. I to jest coś, co mnie przekonuje. Ale nie tylko. Bo co z tego, że jakaś super-hiper-skuteczna dieta będzie dawać spektakularne efekty, jeśli uczyni mnie niewolnikiem jedzenia i zmusi do całkowitej zmiany funkcjonowania? Tego nie chciałem. Trzeba było dostosować. Ale najpierw sprawdzić

3. Testowałem.

Tak więc testowałem każde podejście. Bo mogłem. Miałem czas, chęć i odwagę. Sprawdzałem jak na moim organizmie sprawdzają się różne koncepcje. I faktycznie mimo tego, iż w świetle badań naukowych wiele z nich było równie słusznych, dla mnie najlepiej zadziałało kilka z nich.

4. Słucham serca. 

Była decyzja, były dowody, że ot ma sens, były próby zakończone powodzeniem.

Wybrałem coś, co najbardziej pasuje do mojego trybu życia i jednocześnie rozpieprza wymówki i pokusy w drobny mak.

Zasady są proste. Nie jem przez 18-22 godziny. Nic. 0 kcal. Słownie: ZERO KALORII. Woda, kawa, herbata, yerba. Następnie, w ciągu 2-6 godzin zjadam całe swoje wyliczone i sprawdzone wcześniej zapotrzebowanie kaloryczne, na które składają się białka, węglowodany i tłuszcze w odpowiednich proporcjach. Odpowiednich dla mnie. Sprawdziłem też.

5. Nie słucham doradców. 

Ale jak to!? To nie jest szkodliwe?! Śniadanie najważniejszy posiłek dnia!? Obciążasz żołądek! Jesz na noc prawie 3 tysiące kalorii?!

Tych i innych komentarzy nie słucham. Wiem, że wiele z tych osób chce dla mnie dobrze. Ale nie mają oni ani tej wiedzy, ani nie przetestowali tego na sobie. A często też nie wyglądają lepiej ode mnie, ani nie dorównują mi poziomem energii. Ich opinie po prostu odbijają się ode mnie.

6. Jestem uparty. 

Postanowiłem, to tak zrobię. Bo wiem, że mam rację. Musiałem tylko wyłączyć głosy „doradców”.

7. Powiedziałem o tym głośno. 

Na fejsbukach, na instagramie, tutaj na blogu. Nie mogę ponieść porażki. I wiem, że nie poniosę. Dam radę i zrobię to. Bo tak postanowiłem. A publiczne zobowiązanie jest dla mnie dodatkową motywacją. Byłaby siara, nie? 😉

Hmm…

I jeszcze taki jeden mały elemencik…

0. Środowisko i gotowość do zmiany.

Jestem w takim momencie życia, że wszystko sprzyja podjętej decyzji. Mówi się, że idealnego momentu nie ma nigdy, trzeba go samemu stworzyć, czyli po prostu zacząć.

I fajnie, ale nie do końca tak jest.

Transteoretyczny Model Zmiany Prochaski, którego jestem wielkim fanem, zakłada kilka etapów zmiany.

  1. etap przedrefleksyjny – nie widzimy, że jest źle, nawet jak ważymy pół tony i „wabią” nas grubas.
  2. rozważanie zmiany – widzimy, ale myślimy i… tyle.
  3. przygotowanie – tu zbieramy dane, czytamy, oglądamy filmy, szkolimy się… To tutaj wiele osób zatraca się na wieki i nigdy nie przechodzi dalej.
  4. działanie – akcja!
  5. utrzymanie – ruszyliśmy, teraz trzeba kontynuować: wprowadzać nowe nawyki itd.
  6. rozwiązanie – gdy problem, z którym się mierzyliśmy przestaje na nas oddziaływać. Np. nie kuszą nas już słodycze, jemy je gdy mamy ochotę, bo wiemy, że wszystko jest dla ludzi, ale nie obżeramy się i nie tyjemy więcej.

Uważam, że nie każdy jest gotowy do zmiany. Wiele osób chce, ale od chcenia niewiele się zmienia. (Dobre, nie? Chyba tak zatytułuję posta).

Działamy zasilani paliwem motywacji, ale zapominamy o całej oprawie naszej zmiany. Nie dbamy o dobre oponki, nie wymieniamy oleju, nie zatrzymujemy się na stacjach, aby zatankować, a często nawet nie nastawiamy GPS’a i nie wiemy dokąd zmierzamy! Ale gdzieś zmierzamy.

Takie podejście, w mojej opinii, jest skazane na porażkę.

Jeśli wokół Ciebie dużo się dzieje, masz na głowie tyle, że nie wiesz w co ręce włożyć, praca Cię przytłacza, masz dużo stresu, w domu drugi etat, a czas dla siebie to pojęcie Ci obce – nie może się udać.

Jeśli najpierw nie zadbasz o swoje otoczenie, środowisko, w którym żyjesz, porywanie się na takie zmiany, jak zmiana stylu życia, czy po prostu dieta, to porywanie się z motyką na Księżyc. Albo Słońce. Generalnie bez szans.

Zanim zaczniesz swoją zmianę, stwórz OPTYMALNE, nie idealne, ale chociaż optymalne środowisko wokół Ciebie. Zacznij opowiadać o swoich planach, co chcesz zmienić. W ten sposób przygotujesz na nadchodzące wydarzenie zarówno Twoich bliskich, znajomych i przyjaciół jak i siebie! To równie ważne.

Zrób porządny research i nie idź owczym pędem. Podejmij świadomą decyzję. Sposobów na wymarzoną sylwetkę są tysiące. Znajdź coś dla siebie, ale coś co działa i nie szkodzi Twojemu zdrowiu.

Podziękuj „dobrym ciociom i wujkom” za troskę i rady, ale słuchaj ekspertów – tych z wiedzą, doświadczeniem i dających przykład samym sobą.

Testuj, eksperymentuj i baw się tym co robisz. Pamiętaj, że każdy organizm jest inny, i to co działa na Twoich przyjaciół, na Ciebie może w ogóle nie zadziałać. Miej odwagę bawić się tym co robisz. Obserwuj, wyciągaj wnioski, wprowadzaj zmiany.

I na koniec… daj sobie czas!

Niektóre zmiany, to procesy szybkie, inne długotrwałe. Daj sobie czas na zobaczenie efektów.

W przypadku diety – 2-3 tygodnie, nie 2-3 dni! W tym czasie powinny być pierwsze zauważalne zmiany. Jeśli ich nie ma, coś robisz źle. Nie marnuj czasu, znajdź eksperta, zrób to porządnie.

Trzymam za Ciebie kciuki.

W razie jakichkolwiek pytań pisz śmiało.

Zapraszam Cię na facebook’a: facebook.com/kamillizurej

oraz na instagrama: instagram.com/coachkamil