Kamil Lizurej
Trener mentalny
Szkoleniowiec
Mówca

Kim jestem?

Jeśli przeglądasz moją stronę, czytasz artykuły, oferty szkoleń i zastanawiasz się: kim właściwie jest ten facet i jakim prawem on chce mnie czegokolwiek uczyć, to musisz wiedzieć, że nie jestem guru motywacji, ani też nie pokonałem najgorszych przeciwności losu wychodząc z biedy czy patologii. 

Jestem normalnym facetem, który w pewnym momencie zrozumiał, że pomimo całkiem zwyczajnego życia ma w sobie ukryty potencjał, dzięki któremu to zwyczajne życie może wyglądać zupełnie inaczej. I…Wziąłem za to życie ekstremalną odpowiedzialność. Przestałem na nie reagować, a zacząłem je kreować. 

Dzisiaj jestem szczęśliwym gościem, który pomaga ludziom jako trener mentalny, szkoleniowiec i mówca, a koledzy i koleżanki z czasów dzieciństwa nie poznają mnie, gdy z nimi rozmawiam. 

Kiedyś w jednym z kabaretów usłyszałem: „Patrz… Byli tacy młodzi gniewni, a dzisiaj? Starzy wkur***ni…”. Obserwując swoje najbliższe otoczenie pomyślałem: „Nigdy taki nie będę”. 

Moją przygodę z treningiem mentanym rozpocząłem od treningu… personalnego. 

Ale po kolei.

Nigdy nie byłem typem sportowca

Chociaż jako dzieciak miałem wiele talentów i całkiem dobrze się uczyłem, sport zdecydowanie nie był jednym z nich. Mówiąc wprost: byłem grubaskiem. Nauczyciele wychowania fizycznego, którzy oceniali moje sportowe wyczyny słowami: „Trója. Za dobre chęci”, również nie zachęcali mnie do pokochania wysiłku fizycznego.

Oczywiście nie mogłem dać po sobie poznać, że w jakikolwiek sposób mi to doskwiera, więc udawałem, że wszystko jest w porządku. Tak naprawdę kompleksy narastały i osadzały się w mojej psychice coraz głębiej, nie pozostawiając suchej nitki na moim poczuciu własnej wartości.

Kiedy w wieku 16 lat moją wagę szło obliczyć ze wzoru [wiek + 100], postanowiłem rozpocząć treningi na siłowni. Zacząłem ćwiczyć zgodnie z tym, co mogłem wyczytać w popularnych gazetach dla adeptów kulturystyki. W rzeczywistości było to nieporadne i absolutnie nie dostosowane do moich potrzeb i możliwości. Do tego brak rzetelnej wiedzy na temat dietetyki i przepis na zero efektów gotowy.

Możesz sobie wyobrazić, jak narastała we mnie frustracja, kiedy kilka godzin tygodniowo męczyłem się na siłowni i po kilku miesiącach nie byłem ani kilograma lżejszy, a ciuchy ani odrobinę luźniejsze…

Romans ze sportem

Kiedy tylko zdałem maturę, skierowałem się na inną salę treningową. Rozpocząłem treningi bokserskie. Wychowany na filmach o Rocky’m, czułem, że spełniam swoje marzenia. Całkowicie zanurzyłem się w świat treningów i dietetyki. Odkryłem w tym prawdziwą pasję.

Po roku miałem już -15 kg na swoim osobistym liczniku i stwierdziłem, że czas usystematyzować i pogłębić wiedzę. Myśląc w ten sposób wybrałem się na… kurs trenera personalnego. Cel był tylko jeden: zdobyć wiedzę wystarczającą, aby stać się swoim osobistym trenerem.

Już w pierwszych dniach kursu okazało się, że wiem jednak całkiem sporo, chociaż nie obyło się bez kilku mitów, w które wierzyłem. To, co było dla mnie największym zaskoczeniem, to łatwość z jaką byłem w stanie przekazywać wiedzę innym. Zauważyli to nie tylko pozostali uczestnicy kursu, ale też wykładowcy, którzy zachęcili mnie do spróbowania swoich sił jako trener personalny.

Tak też się stało. Złożyłem swoje cv do największej sieci siłowni w Polsce, przeszedłem miesięczny bezpłatny okres próbny i tak się zaczęła moja kariera trenera personalnego. Cały czas zdobywałem wiedzę i stosowałem nie tylko na swoich podopiecznych, ale również na sobie. W ciągu kolejnych kilku miesięcy zrzuciłem kolejne 18 kg i ważyłem już 83 kg. Pokazałem sobie i wszystkim wokół, że potrafię.

Jednak nie chodzi o ciało...

Z łatwością zdobywałem pierwszych klientów, którzy podejmowali ze mną stałą współpracę. Już w trzecim miesiącu swojej pracy, kiedy miałem pierwszych stałych klientów, zrozumiałem, o co tak naprawdę chodzi. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ludzie na treningi personalne wcale nie przychodzą po plan treningowy, ani nawet po trening, w trakcie którego mógłbym dopilnować szczegółów poprawnej techniki. Niewielu zgłaszało się także po rozpiskę dietetyczną czy na konsultacje swojej obecnej diety.

Większość klientów przychodziła, aby… porozmawiać. Tak po prostu. Mieć kogoś, kto wysłucha, z kim można porozmawiać na każdy temat, komu można zwierzyć się ze swoich problemów.

Zdziwiłbyś się, o czym klienci potrafili mi mówić zaledwie po kilku treningach… 

Za każdym razem słyszałem od swoich podopiecznych, że uwielbiają spotkania ze mną, ponieważ jestem świetnym słuchaczem, nie czują się oceniani i przede wszystkim nie daję złotych porad jak „wujek dobra rada”. 

Sam czułem jednak niedosyt. Słysząc o tych wszystkich problemach, chciałem swoim klientom realnie pomóc, zrobić coś więcej niż dać im poczucie ulgi i zrozumienia. Chciałem pomagać ludziom już nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. 

„Kolejne studia! Psychologia!”

Tak brzmiała pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie.

Szybko to jednak przekalkulowałem i nie chciałem porywać się w tym momencie na żmudne 5-letnie studia, kiedy już w tym czasie studiowałem administrację (tak, łudziłem się, że to jest coś dla mnie!). Zacząłem zatem szukać skutecznych, lecz szybszych niż kilkuletnia terapia metod pracy z ludźmi.

I tak oto trafiłem na swoje pierwsze w życiu szkolenie z kompetencji miękkich, które dzisiaj nazywam życiowymi. Świat rozwoju był drugim światem, w który się zanurzyłem. Kiedy odkryłem systemy zarządzania swoimi emocjami, zbudowałem zdrową pewność siebie, nauczyłem się maksymalnie koncentrować i wiele innych, które pozwoliły wykorzystywać pełnię mojego potencjału – czułem się jakby złapał Pana Boga za pięty.

Z dnia na dzień coraz bardziej i dokładniej rozumiałem mechanizmy rządzące ludzkim umysłem i naszymi zachowaniami. Zamiast psychologii wybrałem inne studia – Doradztwo Filozoficzne i Coaching na Uniwersytecie Śląskim, gdzie mogłem bliżej przyjrzeć się klasycznej wersji coachingu oraz poznać piękno filozofii.

To była dla mnie mentalna rewolucja

Miałem olbrzymie szczęście, że pierwsza szkoła coachingu, treningu mentalnego i wystąpień publicznych, do jakiej trafiłem była… niepowtarzalna. Szkolenia tam były głębokie, pełne procesów dających trwałe zmiany na wszystkich poziomach świadomości. To było naprawdę coś. Pierwszy rok szkoleń był dla mnie przełomowy. Moje życie zmieniło się diametralnie.

Od razu zapragnąłem dzielić się zdobytą wiedzą i pomóc jak największej liczbie osób. Rozpocząłem pracę jako trener mentalny, świadomie wybierając klientów i podejmując się tylko takich tematów, z którymi miałem absolutną pewność, że będę w stanie pomóc drugiemu człowiekowi.

W tym czasie powstała też Ogólnopolska Społeczność Rozwoju, a ja stanąłem na jej czele w Katowicach, organizując comiesięczne 4-godzinne szkolenia w cenie biletu do kina. Przez szkolenia Katowickiej Społeczności przeszło ponad 300 osób.

Zacząłem również szkolić i występować na większych scenach, przed szerszą publicznością nawet kilkuset osób.

Ciemniejsza strona rozwoju

Z czasem zachciałem też poznać inne narzędzia i nurty treningu mentalnego, dlatego przez kolejne 2 lata jeździłem na mnóstwo innych szkoleń. Kiedyś podliczyłem, że w ciągu najbardziej intensywnego półrocza, na salach szkoleniowych spędziłem 58 dni. Prawie 2 miesiące z 6 spędziłem na szkoleniach! Jednocześnie utrzymując się z własnej pracy jako trener personalny i studiując 2 kierunki studiów w trybie dziennym.

Uważaj – jeśli zgłosisz się do mnie twierdząc, że nie masz czasu na swoje cele… 😉

Doświadczanie tak wielu szkoleń pokazało mi też ciemne strony rozwoju osobistego.

Wiele z nich nie powodowało trwałych zmian, a jedynie wzbudzały wysokie emocje, które… uzależniały.

Stałem się „seminar junkie” czyli tzw. „szkoleniowym ćpunem”!

Szkolenia były drogie, emocje były super, efekty krótkotrwałe.

Od buntu do pasji

Przeszedłem swojego rodzaju bunt przeciw szkoleniom. Widziałem, że wiele z nich, to zwykłe naciąganie ludzi i głoszenie prawd objawionych, które nie dają realnych zmian.

Byłem wkurzony na taki stan rzeczy!

Zacząłem wtedy szukać systemu, dzięki któremu mógłbym temu zaradzić. Postanowiłem, że zacznę działać mocniej, jeszcze bardziej intensywnie, aby pokazać ludziom, że szkolenia mogą być głębokie, mocne i powodować trwałe zmiany.

Wyciągałem wnioski ze szkoleń, dzięki którym trwale zmieniłem swoje życie oraz z tych, które niewiele mi dały. Poszerzałem też wiedzę z zakresu prowadzenia szkoleń oraz głębokich zmian.

Ludzki umysł i wprowadzanie trwałych zmian stały się moją pasją.

Dzisiaj doskonale wiem, co działa, a co jest tylko dobrze brzmiącą marketingową papką i dlaczego. Świadomie wykorzystuję najskuteczniejsze metody dokonywania zmian z różnych dziedzin, od coachingu i treningu mentalnego przez psychologię pozytywną i zorientowaną na proces, aż po hipnozę (tak, jestem też hipnoterapeutą).

Tak rodzi się misja

W ten sposób, po latach osobistych doświadczeń, swojej głębokiej zmianie życia, wszystkich wzlotach i rozczarowaniach, postanowiłem pomagać również innym ludziom i robić to tylko na jeden sposób.

Skutecznie.

I niezmiernie cieszy mnie to, że właśnie w ten sposób wypowiadają się o mnie i moich szkoleniach klienci, którzy doświadczyli mojej pracy.

Pracuję tylko z ambitnymi ludźmi. Każdy, kto chce od życia więcej, może liczyć na moją pomoc.

W biznesie najczęściej pomagam właścicielom firm, menedżerom oraz całym zespołom. Z przyjemnością pomagam budować kompetencje życiowe na wszystkich szczeblach organizacji, oczyszczać atmosferę oraz budować team spirit.

W sporcie moimi klientami są przede wszystkim najlepsi zawodnicy, których możesz kojarzyć z pierwszych stron gazet. Gdy myślisz o piłce nożnej, jest to Ekstraklasa. Gdy myślisz o mma, jest to KSW. Z chęcią pracuję też z młodymi zawodnikami, przed którymi jest cała kariera, do której podchodzą bardzo poważnie.

Na co dzień zgłaszają się do mnie, zarówno na sesje indywidualne jak i na otwarte szkolenia, wszyscy, którzy chcą zmienić coś w swoim życiu.

Jeśli czujesz, że mogę pomóc również Tobie – zapraszam Cię serdecznie do wspólnej podróży.

Do zobaczenia,

Kamil Lizurej